Powrót do strony głównej

Wspomnienie o Mamie Florentynie Sielickiej
Marek Sielicki

Urodziła się w Sarbinowie koło Żnina na Kujawach w czerwcu 1928 r. jako drugie dziecko z piątki rodzeństwa w dosyć zasobnej rodzinie Posadzych.

Jedenaście lat - jak sama wspominała - upłynęło jej w spokoju i dobrobycie; potem przyszedł czas wojny, w czasie której wysiedleni zostali na Podhale i zamieszkali w Nowym Targu. Trudny czas II wojny światowej, w której Mama kilkakrotnie ocierała się o śmierć z powodu chorób i biedy, udało się przeżyć całej rodzinie Franciszka i Marty Posadzych.

Ale i ten czas wojny wspominała Mama pozytywnie, ciesząc się z przyjaźni na całe życie, które wówczas zawarła.

Po wojnie - dalszy ciąg gimnazjum i zakończone maturą liceum. Następnie udało się Mamie zmylić czujność komunistycznych władz i wraz ze starszym bratem Bolesławem dostać się na studia. On ekonomiczne, ona prawnicze. (Młodszym wyjaśnię, że dzieci tzw. „kułaków”, czyli bogatszych rolników, nie miały możliwości studiowania. Studia przeznaczone były prawie wyłącznie dla dzieci robotników i chłopów.) W trakcie studiów poznała Janka, obecnego tutaj naszego Tatę, i zawarła małżeństwo w 1950 roku. A potem już po kolei posypały się dzieci: Danka, Marek, Tomek, Jurek, Romek, Olek i Marysia  ... prawie "klan Sielickich". Wychować najpierw piątkę, potem jeszcze dwójkę, czyli siedmioro dzieci w komunistycznych czasach nie było łatwo, ale głodem nie przymieraliśmy, ubrani też byliśmy godnie, a życie w takiej wspólnocie dało nam tak solidne fundamenty do radzenia sobie w życiu, iż żadne z nas dzisiaj nie narzeka.

Mama, potem babcia, doczekała się 27 ukochanych  wnucząt i czterech prawnuków.

Mieć czy być – tak aktualne dzisiaj pytanie – z odpowiedzią dzisiejszych czasów na mieć...

 
C
zy można bardziej być niż była Mama? Pewnie można, ale dla nas, w tak wielkim utrudzeniu wychowywania siedmiorga dzieci, żarliwej codziennej modlitwie, codziennie też od kilkudziesięciu lat przyjmowanej Eucharystii, w domu gościnnym na miarę prawdziwych, tych najlepszych chrześcijan, była - jest - niedoścignionym wzorem dobrego człowieka. Po prostu człowieka. Wspólnie spędzane od zawsze święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy to oprócz gościnnych domów Danki, Romka, Olka, w których się odbywały, głównie zasługa naszej Rodzicielki.

Nie ujmując nic Tacie, to właśnie Mama była strażnikiem naszego dużego domowego ogniska. Nieustannie otaczała nas opieką w swoich modlitwach, a wielu z nas po cichu w pozornej tajemnicy przed Tatą wspierała finansowo w trudnych chwilach.

Nazywana „matką kapłanów" i ludzi doświadczonych przez los”, po wydaniu nas wszystkich z domu zajęła się nieustającą pracą charytatywną.
Corocznie organizowane imieniny Mamy, dla najbliższej i dalszej rodziny i  dla znajomych, gromadzące bez mała 100 osób, dowodziły uznania i szacunku, które skarbiła sobie, wcale o to nie zabiegając.

Najbardziej zaś widomym znakiem jej ubogaconego wiarą człowieczeństwa jesteście wy wszyscy, którzy tu przybyliście z całej rozległej Polski. Wszyscy, którzyście doświadczali jej miłości, życzliwości i gościnności, i wielkiego, ogromnego serca. Wy, którzy w ostatnich chwilach wspieraliście ją modlitwą, dzięki czemu odeszła spokojnie i bez długiego cierpienia.

Nie smućmy się, choć żal po stracie tak bliskiej osoby jest wielki. Ona jest tam, po drugiej stronie, u naszego Stwórcy, w przytulnym mieszkaniu. Według naszego przekonania bardzo blisko Pana. I tak jak za życia wypraszała dla nas wszelkie łaski, tak i po śmierci będzie czuwała nad wszystkimi, byśmy mogli spotkać się w wieczności, w wielkiej i coraz bardziej powiększającej się rodzinie.

Marek Sielicki       
             

Powrót do strony głównej